fbpx

DIVA oczami Widzów

“DIVA Show” to szczególny spektakl i rola Kamila Maćkowiaka – kreacja, która otworzyła także program jego autorskiego teatru. To także dzieło bardzo wysoko oceniane przez krytyków i nagradzane. Co jednak niezwykle ważne, jest także nie tylko uwielbiane, ale też współtworzone przez widzów. Każde show Divy jest wyjątkowe właśnie dzięki nim, temu z jaką energią wchodzą do teatru. To reakcje widowni napędzają rytm scen i sprawiają, że Maćkowiak może wykazać się swoim improwizatorskim warsztatem.

Postanowiliśmy więc, by to właśnie najwierniejszym fanom “DIVA Show” oddać głos. Zapytaliśmy ich o to, co najbardziej cenią w spektaklu, jaka scena jest dla nich najważniejsza i wreszcie kim dla nich jest główna postać. Odpowiedzieli przy tym na wiele pytań, których my baliśmy się zadać!

Ryszard Zieliński

„DIVA Show” to według mnie jeden z najlepszych spektakli Fundacji, a na pewno najbardziej zaskakujący dla mnie. Idąc na „DIVA Show” pierwszy raz (bo byłem dwa razy), poszedłem nieprzygotowany. Jestem teatromanem i oglądam wszystko, co jest w Łodzi wystawiane, a czasami jeżdżę na spektakle do innych miast. Na ogół, gdy idę na spektakl, czytam o nim wcześniej, żeby coś wiedzieć na jego temat. Na „DIVA Show” poszedłem nieprzygotowany – nie wiedząc jaki to spektakl. Myślałem sobie: „Pewnie to będzie taki stand-up, gdzie facet przebiera się za babę i będzie śmiesznie, ale Kamil jest wspaniałym aktorem! Dlatego nawet jeśli tak będzie, będzie to w dobrym guście, a przede wszystkim dobrze zagrane!” Moje zaskoczenie było tym większe, im bardziej stopniowo sztuka zaczęła mnie wciskać w fotel, a szczęka opadać z wrażenia. Po ostatnim zdaniu spektaklu, które mnie ostatecznie uderzyło, jeszcze długo siedziałem nie mogąc otrząsnąć się z wrażenia, jakie na mnie zrobiła ta sztuka. Jestem osobą bardzo wrażliwą i empatyczną w stosunku do osób potrzebujących pomocy, w kryzysie. Wśród moich bliskich są osoby cierpiące na depresję i wydaje mi się, że rozumiem wyzwania z jakimi się spotykają. Poza tym angażuję się w walkę o równe prawa dla osób LGBT. Chodzę na marsze równościowe. Mam przyjaciół wśród tej społeczności, w tym dwie pary kobiet, które są ze sobą w związkach i kocham te dziewczyny! A więc wszystko, co było w tej sztuce, było mi bliskie: I osobowość borderline, i depresja, i chłopak, który przeprasza matkę, że „jest pedałem, że jest pedałem w tym kraju!” Spektakl zrobił na mnie autentycznie piorunujące wrażenie.

Mikołaj Sterczewski

Nie jest to typowy spektakl. To połączenie humoru z powagą. Sceniczna Diva (Kamil Maćkowiak) potrafi rozśmieszyć, nauczyć czegoś, zainspirować, ale też i spowodować abyśmy spojrzeli w głąb siebie. Każdy pokaz, a widziałem ich szesnaście, jest dla mnie swego rodzaju katharsis – takim oczyszczeniem. Ciężko wybrać jedną konkretną scenę, która byłaby dla mnie najważniejsza, ponieważ cały spektakl jest wręcz genialny! Od A do Z jest perfekcyjnie zagrany. Za każdym razem mam ciarki na plecach, kiedy Diva wchodzi na scenę! Kamil robi wtedy piorunujące wrażenie! Taką wyjątkową sceną w spektaklu dla mnie jest szczegółowa, multimedialna opowieść o osobowości borderline. W tym kontekście Diva jest dla mnie symbolem odwagi. Mówi o tym, aby spełniać marzenia, nie bać się. Motywuje do działań, także mnie! Dzięki postaci Divy stałem się odważniejszy w tym co robię. Pewniejszy siebie. Diva stała się takim troszkę moim mentalnym „guru”. Uwielbiam być częścią Jej show!

Ilona Dudek

„DIVA Show” to spektakl, który udźwignął sławę Niżyńskiego i przyniósł nową jakość w łódzką przestrzeń teatralną. Pokazuje jak zmienia się współczesna scena, jak można połączyć wiele gatunków: stand up, musical, dramat i stworzyć dzięki temu mocny przekaz. Kamil Maćkowiak najpierw widza rozluźnia, zmiękcza nawiązując od pierwszych chwil niespotykaną w teatrach bliskość. Używa do tego swoich środków wyrazu – humoru i groteski – by w drugiej części uderzyć w samo miękkie. „DIVA Show” jest dla każdego, bo wszyscy mamy poupychane po kątach problemy i traumy. Ja osobiście mam dorosłego syna. Po pierwszym pokazie jaki widziałam, miałam tysiąc pytań do samej siebie o to jaką jestem mamą. Zaprosiłam moje dziecko na kolejny i szłam z wieloma obawami.

Wartością tego multimedialnego przedstawienia jest również to, że młodzi ludzie po nim mówią: „To tak może wyglądać teatr?” Kamil jako Diva nie puszcza oka do widzów, ma rząd dusz i podziwiam go za to. Najmocniejszy jest dla mnie moment, gdy sceniczny Tomek odarty z maski przytula ekran, na którym dzieją się sceny z dzieciństwa. Każdy z nas powinien przytulić dziecko w sobie i pogodzić się ze sobą. Inaczej my i wszyscy wokół nas będziemy karykaturami samych siebie.

Tylko aktor z wielką charyzmą może tak złapać za twarz i utrzymać w uwadze publiczność. A słynny już kostium mnie przywodzi na myśl teatr antyczny: greckie koturny zamienione na szpilki, a maska na makijaż i perukę. Niebywałe jest także to, że mimo, iż byłam na „DIVA Show” kilkanaście razy, zawsze te przedstawienia są różne. Lubię bystry umysł Kamila, kocham wtrącane łodzianizmy, aluzje do politycznej codzienności. Co także ważne, spektakl się rozwija. Kiedyś śpiewany był tylko utwór Alicji Majewskiej, potem pojawiło się też brawurowe wykonanie piosenki Haliny Frąckowiak.

Beata Płuciennik

Widziałam „DIVA Show” kilka razy i kocham ten spektakl za łamanie konwencji – czy to jeszcze monodram czy już stand-up? Czy jest smutny czy wesoły? I co tym razem wyniknie z interakcji Kamila z publicznością? Dzięki temu każdy spektakl jest inny i niepowtarzalny! „DIVA Show” to opowieść o samotności, potrzebie akceptacji, niezrozumieniu, trudności w odnalezieniu się w świecie. Bohater opowiada o życiu wśród kobiet, o braku ojca, o szukaniu wzorca „prawdziwego mężczyzny”, o zagubieniu w tych poszukiwaniach siebie i własnej tożsamości oraz odkryciu, że może być sobą, wcielając się w Tinę Turner i stając się Divą. I tu mamy temat do przemyśleń – po co zakładamy maski? Czasem, żeby się za nimi ukryć, a czasem, żeby móc się obnażyć i pokazać swoje prawdziwe „ja”. Po trudnym dzieciństwie i młodości bohater trafia na terapię i otrzymuje diagnozę – osobowość borderline. Ciekawym pomysłem jest scena definiowania tego pojęcia – to nie suche słownikowe linijki, to krzyk rozpaczy bohatera, któremu wreszcie wszystkie puzzle wskakują na miejsce, bo rozpoznaje u siebie większość objawów zaburzenia. Duże wrażenie robi też jedna z końcowych scen, kiedy bohater symbolicznie rozlicza się z matką. Widzimy go z boku siedzącego przy lustrze i jednocześnie jesteśmy z nim twarzą w twarz, bo patrzy na nas z ekranu. Czy jego wyznanie będzie dla niego ukojeniem?

DOŁĄCZ DO NASZEGO NEWSLETTERA